Wyjazdy za granicę w celach zarobkowych z terenu Kurpi odbywały się już w początkach dziewiętnastego wieku. Były to początkowo wyjazdy końmi do Prus Wschodnich. Widocznie ruch ludności przez tą granicę nie był utrudniony, o czym świadczą małżeństwa zawarte pomiędzy osobami z Kurpi i Mazur. Dziewczyna z Czarnotrzewia zapoznała męża w Szczytnie o nazwisku Fonk. Ślub brali w Baranowie, dwoje dzieci urodziło się w Szczytnie, pozostałe w Czarnotrzewiu. Nazwisko Sobiesiak - wraz z mężem, przywiozła dziewczyna z Jastrząbki.
Agnieszka Domurad ur. w 1801 roku w Zimnej Wodzie córka Bartłomieja i Marianny Kuzia wyszła za mąż w 1817 roku za Antoniego Kurka ur w 1792 roku zam, w miejscowości Wengof, gm. Biskupiec. W parafialnej dokumentacji jest kilkanaście aktów ślubów świadczących o małżeństwach z Mazurami. Na zarobek -z parafii Baranowskiej - na Mazury może i nie chodziło wiele osób, bo było trochę za daleko. Z pogranicza kurpiowskiego były to częste podróże na roboty sezonowe.
Właściwa emigracja zarobkowa nastąpiła dopiero pod koniec dziewiętnastego wieku. Emigranci wyjeżdżali do Ameryki Północnej - do USA. Kłopoty z wyjazdem jeżeli były, to tylko finansowe. 100 dolarów kosztował wyjazd.
Czy tylko tyle trudno dziś ustalić. Według opowiadań starszych ludzi wyjazdy przed pierwszą wojną światową organizował mieszkaniec ze wsi Błędowo -Olender Piotr. Prowadził handel ze znanymi mu osobami z Prus i jednocześnie „przemycał" ludzi. Miał widocznie przekupionych ludzi z ochrony granicy.
Świadczy o tym to, że chętni i przygotowani na wyjazd oczekiwali nieraz po parę dni u niego w domu, aż na granicy w Cyplu koło Surowego będą stać jego "ludzie strażnicy graniczni. Do dziś - potomkowie Piotra Olendra - noszą przydomek „Cuplaki" - od miejscowości Cupel.
Dalej podróż - najprawdopodobniej - ze Szczytna, odbywała się już pociągami do portu w Gdańsku lub Hamburgu. Z posiadanych danych o wyjeździe ludzi z terenu gminy Baranowo i okolicznych wsi - zaczerpniętych z dokumentacji portów w Ameryce, do których dojeżdżali w latach 1898 do 1913 roku, zawsze portem wyjazdowym był Hamburg w Niemczech. Świadczą o tym i napisane słowa pożegnalnych pieśni. W okresie po zakończeniu wojny podróż statkiem odbywała się prawdopodobnie już z Gdańska. Według opowiadań sąsiada Jana Bakuły, który był trzy razy w Ameryce - już po wojnie w 1915 roku, płynął okręt z Gdańska trzy tygodnie - przy pogodnym morzu, a jak były burze to i dłużej. Zawsze okręty miały krótkie postojem w porcie w Anglii. W czasie postoju jedni pasażerowie wysiadali - bo był to cel ich podróży, inni wsiadali by płynąć do Ameryki. Uzupełniano również w porcie w Anglii zużyte już zapasy wody pitnej, węgla itp. Podróż z domu, do portu w Ameryce było to prowadzenie za rączkę. Kłopoty w podróży
następowały dopiero po wyjściu na ląd w Ameryce, gdzie nie znało się języka i trzeba było podróżować często setki kilometrów do właściwego celu podróży.
Najczęstszym miastem docelowym ludzi z Kurpi było St. Louis, New Britain, Schenectady, Boston, Pittsburgh, Scranton i parę innych miast. Tam dotarli wcześniejsi emigranci którzy ich zaprosili. Na przejazd trzeba było posiadać - dokument, tzw. „siew kartę"
O wyjazdach za granice śpiewano piosenki.
Piosenka śpiewana przez Balbinę Orzoł z Orła, lat 40
25.VIII.1931 roku
Żegnam cię ojcze, żegnam cię matko,
Bracia i siostry kochane.
Bo już odjeżdżam w dalekie kraje,
I strony wcale nieznane.
Jak do Hamburga, bracie dojedziemy,
Staniemy wszyscy w około,
Jeszcze się Polsce raz ukłonimy,
Wsiądziemy na okręt wesoło.
A jak my, bracia, z okrętu wysiądziemy
Staniemy wszyscy do kupy.
Po Ameryce się rozlecimy,
Gdyż się już więcej nie zobaczymy.
Bo Ameryka jest to kraj duży,
Którego wcale nie znamy,
Niejeden z braci głowę położy,
A żonę z dziećmi zostawi.

